|
"Szalona"-cz.XXI
( Rozterki Bruna i Ingi)
Inga tańczyła cały czas z Teo, który był jej pierwszą , młodzieńczą miłością. Zapomniała
o Brunie, który z dala ją obserwował, jak zwinnie ulegała prowadzeniu pertnera, karminowa spódnica
z klosza zasłaniała ich twarze, niczym olbrzymi wachlarz chłodził gorące temperamenty wirujących
osób. Jasne, lniane, falujące włosy dodawały jej tego niezwykłego uroku, a czarne kabaretki na wy-
smukłych nogach czyniły Ingę jeszcze bardziej powabną. Każdy facet przyglądał się tańczącym, Teo
stanowił niepowtarzalny wizerunek , równie kogoś tajemniczego i wyzywającego. Czarny frak i czerwo-
na koszula przypadły jej do gustu, pasowały do ubioru, zawsze zwracała uwagę na dobór kolorów,
fasonu czy rodzaj tkaniny, z której uszyto elementy stroju.
Kiedy tańczyli i poruszali zaległe tematy sprzed tylu lat, podszedł do nich zdenerwowany Bruno , mó-
wiąc:
_ Witam państwa, Ingo, proszę, przedtaw mnie panu... .
_ Teo, oto mój narzeczony Bruno , kochanie, spotkałam na balu kolegę z lat szkolnych, wybacz, że
tak się z nim roztańczyłam, ale po tylu latach... mamy wiele tamatów i... .
Bruno nie pozwolił jej kończyć dalszych wywodów, stanowczym gestem i słowem zakończył tę rozmowę:
_Szalona kobieto, zostawiam cię na tym balu, myślę, że ja ci nie jestem potrzebny, masz partnera do
tańca, żegnam, nie wiem , czy się jeszcze spotkamy.
Inga stała jak wryta, zamurowało ją kompletnie, Teo odszedł na chwilę, gdy rozmawiała z Brunem, ta
pobiegła za ukochanym się tłumaczyć, ale jego już nie było. Inga wbiegła do stajni, szybko otuliła się
szalem, bo mróz tęgo dokuczał każdemu. Nim Szalona dobiegła do brogu obory, zobaczyła odjeżdżają-
cego kochanka, nie zdążyła nic powiedzieć. Nie wiedziała, co robić , jak wrócić na salę balową, skoro
jej wielka miłość uciekła sprzed oczu. Postanowiła jechać za nim, ale dokąd, dokąd pojechał, mnóstwo
myśli paraliżowało jej zamiary, nie wiedziała dokąd się udać i jak, skoro drogi zasypane śniegiem.
Wróciła do dworu, by pożegnać się z gośćmi. Wypłoszona wpadła na salę, miała rozmazaną twarz, łzy
rozpaczy płynęły strugami, wycierała je rąbkiem sukni, Teo szybko ją odnalazł i pytał, co się stało?
- Jest niedobrze, Bruno obrażony odjechał, ale ja go kocham, to nie może tak się skończyć- odrzekła.
_ Ingo droga, pomogę ci jakoś z tego wybrnąć, przecież tańczyłem z tobą tak długo, poczuwam się
do winy, nie mogę cię zostawić w takim stanie. Chodż, usiądżmy na chwilę, napij się wisky, to cię
uspokoi.
Po chwili Teo zaprowadził Ingę do stołu, ona wytłumaczyła mu , że pragnie go odnależć, wie jak
szybko może go stracić, jeszcze musi powiedzieć Brunowi o ciąży, tak powinna to zrobić jak najszy-
bciej .Teo martwił się o stan Ingi, widział jej rozpacz i brak pohamowania w tym co chce zrobić. Dzi-
wił się ,że zostawiła Bruna na sali i tańczyła z nim, a przecież wiedziała, co może się zdarzyć. Próbo-
wał ją uspokoić, przekonywał, aby wróciła z rodzicami do domu i dopiero jutro zaczęła go szukać.
Inga powoli dochodziła do siebie, piła kieliszek za kieliszkiem czarnej brandy, Teo próbował jej tłuma-
czyć, że w jej stanie... ,ale Szalona nie chciała słuchać, zresztą zawsze robiła po swojemu i była
uparta, bardzo uparta jak to baran, przecież była nim w znaczeniu zodiakalnym. Po cichu snuła swój
niecny plan, postanowiła powiedzieć rodzicom, że Bruno ją odwozi do jej mieszkania. Ciężko ruszyła
się od stołu, w głowie jej szumiało, ale jakoś wysunęła się zza krzesła. Teo nadchodził ze słowami:
- Ingo, pożegnam się z tobą, już odjeżdżamy, myślę, że się zdzwonimy, pamiętaj zawsze możesz na
mnie liczyć, zostawiam ci mój telefon. Życzę ci szczęścia, może lepiej daj wam trochę czasu, nie dzia-
łaj pochopnie, proszę cię o rozwagę i opanowanie, pa moja dawna przyjaciółko! Nigdy o tobie nie
zapomnę.
- Do zobaczenia, Teo, zadzwonię, dzięki za dobre słowa, nie martw się, będę spokojna!
Wszyscy goście pomału odjeżdżali, wypijali wstrzemiennego po kilka razy, a wódeczka gospodarza była
niezwykła, przypominała winogronowe wino, której moc rozwalała nawet tęgie umysły dobrze zbudo-
wanych mężczyzn. Gospodyni jeszcze donosiła torty, ale kto miał siłę na ich jedzenie, toteż goście do-
stawali na drogę po okazałym kawałku. Orkiestra wychodziła już na dwór, zbliżała się godzina 5-ta ra-
no, niektórzy zostawali do jutra, rodzice Ingi akurat odjeżdżali, śpiewali do rytmu grającym muzykantom.
Inga uciekła na drogę, chciała pogadać tylko z sobą, przebrała się w grube spodnie i poszła w tę stra-
szną ciemność, a dokąd miała iść, tego sama nie wiedziała. Wypijała resztki wódki zabranej ze stołu, mó-
wiła od rzeczy, mróz nad ranem stawał się jeszcze większy, dobrze, że śnieg przestał padać. Szalona grzę-
zła w wysokich zaspach, jacyś goście jechali leśną drogą saniami, ale Inga kryła się za drzewami, by nikt
jej nie zobaczył. Znowu zaczęła gadać do siebie, że zawiniła, co teraz ma zrobić, aby go odzyskać?
Pytała się drzew, gdzie on teraz jest, obejmowała korę brzozy, oczy się jej kleiły, pragnęła go jeszcze
dziś zobaczyć, wypiła ostatni łyk "deptanej" i upadła przy drzewie.
|